RSS
  • 28 VII – Dream Theater, Amplifier

    29 Jul 2011, 17:45

    Czw 28 VII – Dream Theater, Amplifier

    Postaram się krótko i na temat.

    AMPLIFIER

    Zespół, którego pierwszą ("Amplifier") i trzecią ("The Octopus") płytę uwielbiam, pokazał się w Katowicach w sposób bardzo minimalistyczny. Ale cóż, taka jest rola supportu, nawet jeśli nazwanego "special guest". 30-minutowy set złożony z czterech kawałków może nie powalił na kolana, ale też mnie nie zawiódł. Wiele się nie spodziewałem, oczekiwał będę dopiero kiedy uda mi się wybrać na ich samodzielny, pełnowymiarowy koncert. Dobór utworów niestety troszkę słaby, szczególnie jeśli chodzi o "The Octopus", bo można było spokojnie zagrać kilka bardziej wpadających w ucho kompozycji. Jeśli chodzi o "Motorhead" i "Airbourne" to nie było opcji, żeby te utwory się nie pojawiły. Nagłośnienie troszkę kulało, acz zespół młody i materiałem do wyrzeźbienia poważnej firmy są jak najbardziej.

    DREAM THEATER

    Na ten występ jechałem z dwóch powodów. Pierwszy z nich jest klarowny i raczej oczywisty - Mike Mangini; drugi dotyczył mojego zawodu po występie DT w Bydgoszczy na Progressive Nation - po prostu chciałem sprawdzić, w jakim kierunku ta progresywna maszyna zmierza. I odczucia mam mieszane (z przechyłem zdecydowanym na pozytywne). Oczywiście, nie będę podważał tego jak doskonałymi muzykami są wszyscy członkowie teatru, włączając w to nowego pałkera. Oczywiste jest również to, że doskonale prezentują się wizualnie, jakościowo, nagłośnieniowo itd. I tak do połowy koncertu wszystko było doskonale, przypominało mi to nieco ten pamiętny występ z Poznania z 2005 roku (rewelacyjny i genialny), niestety mniej więcej w połowie coś siadło. Zaczęło się chwilami robić to, co zmęczyło mnie podczas koncertu w Bydgoszczy, a mianowicie gdzieś w czasie "The Ytse Jam" technologia i technika, doskonałość i dokładność zaczęły brać zdecydowaną górę nad emocjonalnością, której muzyce DT wcale nie brakuje. I tak było przez kilka kawałków. Na kolana powalił początek, jak wspomniałem. "Endless Sacrifice" - doskonałe. O solówce Manginiego napiszę na końcu. Na szczęście od "Caught in a Web" znowu zaczęło robić się ciekawie i tak... czysto teatralnie. Bardzo dobrze zabrzmiał "The Count Of Tuscany", co mnie troszkę zaskoczyło bo do albumu z tym kawałkiem jestem bardzo nieprzekonany. No i szkoda troszkę, ze zabrakło "Metropolis", bo "Learning to Live" to jednak nie to samo. A teraz jeszcze słów kilka o zastępcy Portnoya za garami. Chłop ma powera niesamowitego, doskonałą technikę i świetne wyczucie. Jego solówka mogła zrobić wrażenie i na wielu zapewne zrobiła, ale mnie czegoś w niej brakowało. Nie wiem do końca jak to nazwać, ale skłaniam się do stwierdzenia, że DT straciło genialnego muzyka i charyzmatycznego człowieka, a zastąpiło go tylko genialnym muzykiem. Brakowało mi jakiejś swoistej lekkości w tym całym graniu, któremu nie można muzycznie niczego zarzucić. Ale nie było tego kontaktu, przynajmniej ze mną nie zawiązał go Mangini takiego jak potrafił to zrobić Portnoy. Tak czy inaczej, koncert udany i wart pieniędzy i czasu na nie wydanych. Acz postanowiłem sobie, że (to był już mój trzeci ich koncert) na dwa/trzy koncerty DT w Polsce muszę sobie zrobić przerwę. A potem oczywiście znów się wybiorę, i oby mi opadła szczęka tak jak to było w Poznaniu w 2005.

    No i nie wyszło krótko i na temat :P
  • Rock in Arena

    14 Feb 2010, 18:54

    Sob 13 II – Rock in Arena

    Postaram się krótko i zwięźle.

    Pomijam pierwsze trzy kapele bo w ogóle mnie nie interesowały - z samego założenia.

    Generalnie nie interesował mnie również Happysad ale tak się złożyło, że jakimś cudem zdążyłem na drugą połowę (a może troszkę więcej) ich występu - szczerze żałuję, że musiałem tego słuchać. Powiem tak: z nagrań ich muzyka nie podoba mi się wcale, z występu na żywo wyciągnąłbym sekcje rytmiczną (perkę i bas) i zaopatrzył w lepszych towarzyszy grania - bo reszta to {jakieś brzydkie słowo}.

    To teraz przejdźmy do sedna. Przyznaję, że był to mój pierwszy koncert Hey - i stwierdzić muszę, że niestety się zawiodłem. Nie jestem wielkim koneserem ich muzyki, ale kilka płyt znam (z czasów gdy słuchało się ich w odtwarzaczach, a nie na komputerze) i niektóre piosenki nawet polubiłem. Stąd wynikało moje zainteresowanie tym, by Hey zobaczyć - bo na samodzielny koncert pewnie bym się nie wybrał. I jak oceniam ich występ? 5/10 - czyli bardzo przeciętnie. Nie wiem czym to spowodowane, ale być może trafiłem w ten gorszy okres ich działalności, a może po prostu postanowili "odwalić" koncert i mieć go z głowy. Wiele piosenek słyszałem po raz pierwszy, bo dwóch ostatnich płyt nie znam w ogóle. I troszkę zaskoczyła mnie ich aranżacja - w bardzo elektronicznym klimacie. Nie, nie, uwielbiam elektronicznego rocka, łączenie stylów itp itd - ale tutaj to było jak piąte koło u wozu. Ale największym minusem były problemy z nagłośnieniem. No dobra, powie ktoś "To nie wina zespołu." - OK. Ale Hey to marka, firma i zasłużony zespół na polskim rynku muzycznym (stwierdzam to mimo, że fanem nie jestem). Nie można sobie na coś takiego pozwolić... Na Hey z płyty składają się muzycy, na Hey na żywo składają się muzycy + dźwiękowcy, techniczni itd.

    Przejdźmy do "podwieczorku" ("deseru"?). Coma - przedstawiona jako zespół, który poruszył polski przemysł muzyczny - niestety nie poruszył mnie tego wieczora. Nie był to może najgorszy z ich koncertów na jakich byłem, ale na pewno nie był z nich najlepszy (co najmniej dwa są przed nim zdecydowanie). Panowie widać, że jeszcze byli zaspani po zimowej przerwie. Repertuar również mnie nie zaskoczył, przed bisami powiedziałem nawet, że teraz będzie "Cisza i ogień" - bo tam samo było prawie na całej trasie w poprzednim roku. Utwór długi i załatwia bisy. Proste myślenie..
    Wypadli jak dla mnie lepiej niż Hey, ale jak na "podwieczorek" czy "deser" to zdecydowanie za słabo. Nie żeby ich występ spowodował u mnie niestrawność, ale podniebienia nie podniecił - a trzymając się mniej kulinarnych tylko bardziej odpowiednich określeń: uszu nie połechtał. Było dobrze, przyzwoicie, mocne 7/10 (za "Schizofrenie" 8/10). Bardzo pochwalić muszę jednak publiczność, której doskonałą zabawą i przyjęciem muzycy chyba również byli zaskoczeni - publiczności należą się największe brawa (sam w pogo nie fikałem, byłem nieco z boku).

    Na cały Rock In Arena wybrałem się z dwóch powodów: Coma i Hey (jako sprawdzenie jak wypada na żywo). Coma spełniła moje wymagania w minimalnym stopniu, Hey niestety lekko zawiódł. Jeżeli impreza powtórzy się w następnym roku mam nadzieję, że będzie lepiej. Bo w moim odczuciu impreza jednak nie warta 55 złotych. Ale to moje osobiste odczucie - wiadomo, że ktoś kto z podanych 6-ciu zespołów bardzo lubi 4 czy nawet 5 będzie bardzo usatysfakcjonowany. Ja postuluję do organizatorów by za rok postarali się o jednak ciut lepszy zestaw w menu (może jakiś prawdziwy "koncertowy kombajn": Acid Drinkers, Riverside...? może jakiś klasyk: Turbo, TSA, Dżem, Kobranocka?... wybór jest duży...).

    Pozdrawiam
  • Puscifer i jego literki

    24 Nov 2009, 18:47

    W mojej bibliotece jak widać Puscifer zajmuje zaszczytne (bo być za Tool i Nine Inch Nails to nie ujma) miejsce numer trzy. I rzeczywiście jest tak, że ostatnio słucham Puscifera bardzo bardzo dużo, a to za sprawą głównie nowej EP wydanej niedawno w sieci przez ów projekt. Jeśli więc Puscifera u mnie tak dużo to przyszedł czas by słówko na jego temat napisać, może nie jakoś wielce wylewnie - treściwie, mam nadzieję składnie i kompletnie. No to jedziemy.

    Puscifer to projekt, którego początki sięgają lat 90-tych. Projekt ten zrodził się w głowie nijakiego Maynarda Jamesa Keenana, frontmana i wokalisty Tool oraz A Perfect Circle. Dlaczego powstał w sumie nie wiadomo, wnioskować można jednak, że sam zespół macierzysty jak i APC dla Keenana nie były stuprocentowym artystycznym spełnieniem. Puscifer przeistoczył się szybko w linię odzieżową, kolekcję kosmetyków, filmów, animacji, ale przede wszystkim jest to projekt muzyczny, od niedawna również koncertowy.

    Puscifer skupia wielu artystów, przede wszystkim to oczywiście Keenan, ale również Danny Lohner (Nine Inch Nails, A Perfect Circle, Black Light Burns i inne). Lohner uczestniczy w "życiu" Puscifera praktycznie od początku, jest jednym z kompozytorów i producentów. Oprócz tych dwóch panów coraz więcej w projekcie udziela się aktorka i modelka Milla Jovović. Wymienić można by jeszcze m.in.:
    - Josh Eustis (Black Light Burns, Telefon Tel Aviv)
    - Lisa Germano
    - Lustmord
    - Tim Alexander (Primus, A Perfect Circle)
    - Brad Wilk (Rage Against the Machine, Audioslave)
    - Joey Jordison (Slipknot, Murderdolls)
    - Gil Sharone (Stolen Babies, The Dillinger Escape Plan)
    - i inni.

    Dorobek fonograficzny projektu jest niewielki. Składa się na niego praktycznie jeden długogrający pełnoprawny album, ale muzyki jest oczywiście o wiele wiele więcej. Z początku utwory pojawiały się na soundtrackach do filmów, między innymi do "Underworld". Pierwsze wydawnictwo spod szyldu Puscifer nazywało się "Country Boner" i był to singiel zawierający dwa utwory utrzymane w stylistyce... country! Został on wydany 2 października 2007 roku i spotkał się z umiarkowanym przyjęciem. Ale chyba wszyscy zorientowali się, że to nie do końca poważne wydawnictwo. Mimo wszystko zawiera ono kultowe już wykonanie tytułowego "Country Boner". Po tym singlu Puscifer wydał na iTunes EP pod tytułem "Don't Shoot The Messenger", które o wiele bardziej zarysowało muzyczny image Puscifera, który - trzeba pamiętać, wtedy był jeszcze nijaki. EP zawiera 4 utwory, z czego 3 pojawiały się już wcześniej na ścieżkach do filmów, premierową kompozycją jest jednak "Trekka (Sean Beaven Mix)". Całość utrzymana jest w industrialnej, nieco trip-hopowej stylistyce opartej na samplach i różnych odgłosach w tle.

    Pierwszy album Puscifer to ""V" Is For Vagina". Zawiera on 10 premierowych utworów, w tym single "Queen B" oraz "DoZo". Muzycznie płyta prezentuje się tak jak poprzedzające ją "Don't Shoot the Messanger", czyli industrialne dźwięki w takt rytmicznych sampli ozdobione dźwiękowymi smaczkami. Za wokale odpowiada przede wszystkim Keenan, jednak warto zwrócić uwagę na wkład Milli Jovović (przede wszystkim w utwór "Momma Sed" - jeden z najlepszych na płycie moim zdaniem). Treść utworów jest dokładnie taka jak cały Puscifer - dowcipna. Mamy tutaj wspomniane już wesołe "Queen B", intrygujące "Vagina Mine", spokojne i zadumane "Drunk With Power" czy poważne i chyba najmocniejsze (najbardziej przypominające dokonania Keenana z poprzednich zespołów) "The Undertaker". Do tego dorzucić warto przypominające kazanie w rytmie gospel "Sour Grapes" i przepiękną balladę "Rev. 22:20 (dry martini mix)" a mieszanka wybuchowa gotowa.

    Po ""V" is for Vagina" wydane zostało wydawnictwo z remiksami zatytułowane ""V" Is For Viagra - The Remixes" na którym znalazło się 13 remiksów utworów z poprzedniej płyty oraz z singla "Country Boner". Za remiksy odpowiadają muzycy tacy jak Joey Jordison (Slipknot), Danny Lohner (Nine Inch Nails), Dave Ogilvie (Skinny Puppy), Troy Van Leeuwen (Queens Of The Stone Age), Paul Barker (Ministry) czy Aaron Turner (Isis). Jak widać drużyna nie byle jaka. Po niedługim czasie ukazał się również kolejny album z remiksami, których autorem był wyłącznie Lustmord (człowiek legenda brytyjskiej sceny dark-ambientowej, stworzył wcześniej m.in. remiksy "Schism" i "Parabola" Tool). Album ten utrzymany w bardzo mrocznej, dołującej stylistyce nie przypomina w ogóle tego co prezentuje Puscifer, jednak warto się zapoznać również z tym materiałem (choć mnie osobiście niespecjalnie przypadł do gustu, bo dla mnie troszeczkę zbyt toporny). Tytuł to ""D" Is For Dubby - The Lustmord Dub Mixes".

    Później (i aż do dziś) Puscifer rozpoczął koncertowanie, gdzie usłyszeć można utwory zagrane na żywych instrumentach. W trasę zaproszono również sporą liczbę znanych muzyków. Muszę przyznać, że po obejrzeniu kilku nagrań w Internecie naprawdę szkoda, że taki koncert ma niewielkie szanse odbyć się w Polsce, a nawet w Europie. No cóż, wszystko ładnie i pięknie brzmi, świetnie wygląda i przede wszystkim doskonale bawi - bo jako support nierzadko występują komicy i kabarety. Nie trudno więc się domyśleć jak wygląda dalsza część koncertu, tym bardziej, że Keenan występuje np. w brązowym dresie z wypisanym "Jesus" na... zadku.

    Koncertowych doznań namiastkę można sprawdzić ściągając ostatnie z wydawnictw, czyli ""C" Is for (Please Insert Sophomoric Genitalia Reference HERE)" (uff, jaka długa ta nazwa). Czym ma być owe "C" nie będę rozstrzygał, ale nietrudno się domyśleć wnioskując z poprzednich tytułów i podpowiedzi w nawiasie. Na EP znalazło się kilka premierowych utworów, między innymi "Polar Bear" i "The Mission", które już wcześniej można było jednak odtworzyć w sieci, np. na stronie puscifer.com. W drugim z tych utworów dano w pełni wykazać swoje wokalne umiejętności Milli Jovović, zresztą prawidłowo utwór powinien się nazywać "The Mission (M is for Milla Mix)". Oprócz tego znajdziemy na EP koncertowe nagrania "Momma Sed" i "Vagina Mine" - naprawdę warto posłuchać. Ale to nie wszystko na ""C" is for..."! "Potions (Deliverance Mix)" to zupełnie nowy, niepublikowany wcześniej utwór, który powstał ze współpracy Keenana z... Trentem Reznorem (tak tak, to "ten" pan z Nine Inch Nails, a utwór bardzo pachnie ową kapelą). Kawałek został nagrany i wyprodukowany przez Puscifer, jednak Reznor odpowiada za kompozycję i (choć tego nie jestem pewien) gitarę. Dodatkowo utwór ten to, jak powiedział Keenan: "prezent dla Trenta na jego ślub". Drugą zupełną nowością na EP jest "The Humbling River", w którym za chórek odpowiada Devo Keenan. Oczywiście nazwisko to nie zbieg okoliczności - to syn Maynarda, ale znany fanom już wcześniej (z A Perfect Circle i Ashes Divide).

    No to kończymy w takim razie. Jakoś dobrnąłem, aczkolwiek ani to wyszło krótkie, ani zwięzłe. Więc trzymam kciuki, że chociaż na temat.

    Puscifer gorąco polecam do posłuchania!
    Tym bardziej, że z utworu na utwór jest jak dla mnie coraz lepiej...

    Pozdrawiam!
  • Pandino poleca: Celldweller "Celldweller"

    26 Oct 2009, 0:03

    Jak mówi mi wszechwiedzący last.fm głównym gatunkiem muzyki jakiej słucham jest industrial. Oczywiście bardzo szeroko rozumiany, bo generalnie to olbrzymie pole do orania, ale jak już tak jest - no to przydałaby się recenzja czegoś industrialnego. Pisać o Nine Inch Nails byłoby dosyć bezsensowne, ponieważ jest to taka marka, której polecać nie trzeba. Idąc w drugą stronę opowiadać o (wg mnie) niezbyt industrialnym (ale wg last.fm owszem) Pusciferze również byłoby opowiadaniem o zespole znanym wszem i wobec osobom zainteresowanym. Więc co można polecić szerszemu gronu odbiorców? Ano wpadłem na pomysł, by polecić moje niedawne muzyczne odkrycie: Celldweller.

    Zespół ten wielkiego dorobku wydawniczego nie posiada, ponieważ generalnie wydał jeden album, o którym tutaj mowa. Nad tytułem panowie również wielce się nie głowili, bo nazwali płytę po prostu "Celldweller". A teraz słów kilka o tym co nam ona oferuje, czym zaskakuje i przede wszystkim: dlaczego warto ją polecić.

    Może zacznę od końca. Polecić warto przede wszystkim ze względu na pojedyncze perełki, które naprawdę mogłyby z powodzeniem robić za power play w radiach. Mowa tutaj głównie o "Switchback" - od którego zresztą zacząłem przygodę z Celldweller. Kawałek mocno osadzony jak dla mnie w nu-metalu, aczkolwiek z bardzo industrialną barwą dźwięku, rytmu i ogólnego nastroju. Ale równie dobrze w radio poradziłyby sobie "Frozen" czy "One Good Reason". Jest jeszcze jeden olbrzymi atut muzyki, którą prezentuje Celldweller. Płynie z niej olbrzymia i odczuwalna energia. Powoduje ją przede wszystkim bardzo charyzmatyczne przedstawienie kompozycji, ale również śmiałe skakanie po różnorakich gatunkach. Ale o tym za chwilę. Wielką zasługą in-plus jest na albumie również kilkanaście krótszych utworów, czasami typowych przerywników 'bez tytułu', a czasami niezłych utworów balansujących na granicy muzyki elektronicznej, a nawet d&b (mam tu na myśli choćby "The Stars of Orion").

    Wspomniałem o 'skakaniu po różnych gatunkach' no więc temat nieco rozwinę. Za obiekt udowadniania owego 'skakania...' obrałem chyba najjaśniejszą tego ilustrację muzyczną, a mianowicie "The Last Firstborn". Utwór dosyć długi, bo trwa około 7 minut (tak, na tą płytę to nawet najdłuższy kawałek), zawiera w sobie naprawdę wiele. Zaczyna się niczym typowy nu-metalowy kawałek, który z powodzeniem mógłby nagrać System of a Down, Korn czy Linkin Park. Ale już jakoś po 45 sekundach przeradza się sprytnie i zwinnie w jakieś dark-elektro. Po czym znów wraca do nieco hard core'owych flirtów. I tak co jakiś czas. Jest tutaj elektroniczna schiza, jest metalowe krzyczenie, rockowe plumkanie na gitarze, nu-metalowe inspiracje, a zaryzykuję nawet stwierdzić, że i progresywna muzyka tutaj ma co nieco do powiedzenia! Jednym słowem.. w sumie to dwoma: Świetny utwór.

    Całościowy szkielet albumu jest wg mnie majstersztykiem. Kilka mocniejszych utworów, zwolnienie, przerywnik, znów mocniejsze uderzenie. I taki schemat powtarza się ze 3-4 razy, ale naprawdę buduje niezły klimat. Aż chce się przytupnąć nogą, tym bardziej, że co jakiś czas zespół serwuje nam naprawdę utwór nadający się na nu-metalowo-industrialny hit!

    Połączenie kilku nowoczesnych wynalazków muzycznych w całość (a trzeba zaznaczyć, że z różnych źródeł Celldweller brał inspiracje - co zresztą słychać) sprawdza się tutaj naprawdę wyśmienicie. Każdy spragniony ostrego łupania nie zawiedzie się na albumie, a miłośnik nu-metalu również odnajdzie coś dla siebie. I mimo wszystko całość pozostaje dla mnie nadal industrialem, mimo tego, że przypomina Stone Sour, Korna, LP... niech przypomina, ważne, że tym nie jest!
  • Pandino poleca: Absu "Tara"

    4 Oct 2009, 13:12

    Każdy, komu ekstremalne brzmienia są obce już na wstępie może skończyć czytanie tej recenzji. Tak samo ktoś kto nie trawi black czy thrash metalu - już może sobie odpuścić i dalej nie czytać. Bo jeśli denerwuje was walenie w bębny z prędkością światła i rozgrzewanie strun od gitary do czerwoności to Absu na pewno wam się nie spodoba.

    No dobra, każdemu, kto miał jakąś styczność z ostrym nawalaniem zespół ten gdzieś mógł się obić o uszy, bo rzeczywiście - jest chyba jednym z bardziej znanych amerykańskich tworów, które opierają swoją muzykę na tempie pędzącego geparda. I nie przypadkowo używam takiego określenia, bo jak dla mnie muzyka Absu to jedna z najbardziej drapieżnych i krwiożerczych odmian black metalu. Niektórzy mówią death metalu, inni thrash metalu, ale jak dla mnie Absu najbliżej jednak do grania czarnego jak smoła metalu.

    Album "Tara" wydany został w 2001 roku nakładem niezależnej francuskiej wytwórni Osmose Productions. Niewielu osobom nazwa ta cokolwiek mówi, a szkoda, bo poszukałem troszkę w sieci na temat tej wytwórni i ku memu zaskoczeniu okazała się ona wylęgarnią wielu znanych zespołów. Choćby taki Samael czy Marduk, nie mówiąc już o kilku mniej znanych: Enslaved, Immortal czy Diabolical Masquerade. Istna fabryka black metalowych gwiazd, no cóż, z Osmose wiele zespołów przejmuje Nuclear Blast, Century Media czy Metal Blade - a to już poważne metalowe firmy.

    Ale nie będziemy rozważać na temat metalowych wytwórni płytowych tylko o albumie "Tara". Wyobraźcie sobie, że wrzucacie do miksera kamienie, zamykacie go i włączacie na przeszło 50 minut. Wyobraźcie sobie jak brzmieć musi to mielenie kamieni. I co teraz myślicie? Owszem, wiele płyt z ekstremalną muzyką może tak brzmieć, ale nie ten album. Jak więc on brzmi?

    Absu serwuje nam prawie godzinną podróż po świecie mitologicznych tekstów z przygrywającą z prędkością światła sekcją instrumentalną. Ale niech mnie piorun strzeli jeśli gdzieś już słyszałem tak świetnie pracujące gitary i perkusję. Instrumentalne fragmenty naprawdę robią na mnie wrażenie. Wiertarka na spółkę z wirującą pralką to nic - mówię wam. Prawdziwy hałas znajdziecie tutaj. Mimo wszystko jest w tym coś intrygującego, prawdziwego, zadziornego i złowieszczego. Na pierwszy rzut ucha można odnieść wrażenie, że to nic poza bezsensownym ładowaniem niespożytych sił w instrumenty. Ale tak nie jest, radzę się wsłuchać w poszczególne partie, i wyłapać wszelkie te przejścia, zagrywki, ozdobniki. Black metalowa poezja jak dla mnie - a nigdy nie byłem fanem takiego grania. Aha, i zapomniałbym: jeśli dobrze widziałem na teledysku to za wokale odpowiada... perkusista! No cóż, jeśli to faktycznie wszystko zostało nagrane równocześnie (myślę o tym, że śpiewał i grał na bębnach) to naprawdę wielkie ukłony dla tego pana.

    Kilka słów na temat utworów. Wszystko opatrzone jest klamrą pod tytułem "Tara". Pierwszy utwór tak się właśnie nazywa i jest to instrumentalne jakieś tam szumienie, takie intro - jakich wiele. Nic szczególnego. Ale następny kawałek "Pillars of Mercy" to prawdziwe wiercenie w głowie. Na szczególną uwagę zasługuje powtarzający się motyw w drugiej części utworu - nie przypominam sobie tak fajnego momentu na perkusji. Kolejne utwory to już czysta nawalanka, z lekkim zwolnieniem na początku "Manannan", które rozpoczyna znów jakieś złowieszcze szumienie. A dalej już standardowo. Swoją drogą wspomniany "Manannan" ma bardzo ciekawy teledysk, który mnie nieco bawi, ale oczywiście jest to tru-metalowa, mroczna kapela (szkoda tylko, że koleś ma srebrną twarz...?). Ale to możemy panom z Dallas wybaczyć. Trudno oprócz tego wybrać dobry utwór, bo reszta kawałków prezentuje dokładnie ten sam - bardzo dobry poziom. Żaden utwór nie wychodzi na czoło, co wg mnie jest ogromnym plusem dla całego albumu, bo zachęca to do posłuchania go w całości. No, na szczególną uwagę zasługuje jednak "Stone of Destiny (....for Magh Slecht and Ard Righ)". Utwór jest stonowany, nie tak szalony i drapieżny jak poprzednie, za wokale odpowiada ktoś inny - co słychać (niestety nie znalazłem owej osoby personaliów). Dodatkowo jest tutaj naprawdę pełna garść muzycznych pomysłów na zmiany tempa, melodie, pojawiają się nawet klawisze! Ale szczególnych instrumentów na albumie jest więcej, posłuchajcie, to znajdziecie nawet szkockie dudy.

    No więc czas skończyć to lanie wody. Cóż, bardzo trudno było mi napisać recenzję do takiego albumu (co pewnie po niej widać - zero profesjonalizmu), a to dlatego, że nie słucham takiej muzyki wiele i brak mi porównań, doświadczenia, nie znam się. Zwał jak zwał, ale naprawdę uwielbiam "Tara". Album świetnie brzmi, jest bardzo fajnie ułożony i nagrany, a do tego strasznie podoba mi się na nim perkusja. To co facet wyczynia - grając tak szybko, to naprawdę poezja, ja nie nadążyłbym pewnie oczyma za jego stopami. Każdy komu nie przeszkadza trzęsący się od muzyki głośnik - niech posłucha Absu "Tara". Ale na odpowiednim poziomie głośności oczywiście. Pozdrawiam!
  • Progressive Nation 2009

    2 Oct 2009, 14:24

    Śro 30 IX – Progressive Nation 2009

    Postaram się krótko, zwięźle i na temat, bo generalnie można by wylewać i wylewać na temat tego koncertu i każdego zespołu z osobna, ale nie o to chodzi.

    Generalnie jestem bardzo zadowolony, choć każdy zespół miał swoje minusy - całość wyszła jak najbardziej na plus, i warta była pieniędzy, zmęczenia, czasu i przemierzonych kilometrów. No więc tak na krótko:

    Unexpect - jak dla mnie był to zespół na który bardzo się napaliłem, ale jednak nie spełnił moich oczekiwań (co nie znaczy, że mnie zawiódł). Nagłośnienie słabiutkie w porównaniu z resztą zespołów, a pod konsoletą to powinno być raczej dobre... nic to, repertuar również nie bardzo mi pasujący (z albumu "In a Flesh Aquarium" zagrali bodajże tylko "Desert Urbania"... a bardzo, bardzo szkoda, że nie było choćby "Chromatic Chimera"). Reszta wypadła właśnie tak jak oczekiwałem: image zespół ma świetny, wokalistka jest urocza, muzycy prezentują się równie dobrze, a technicznie nie mam im nic do zarzucenia. Ot tyle, ocena generalnie 7/10

    Bigelf - hm, tutaj mam ciężki orzech do zgryzienia, a to dlatego, że spodobał mi się ten zespół wcześniej, ale nie oczekiwałem by dobrze wypadli na tego typu koncercie (nastawionym, jak nazwa wskazuje, na muzykę progresywną). No cóż, bardzo mile mnie panowie zaskoczyli, gdyż świetnie oddali klimat nieco zapomnianej już psychodelicznej heavy-metalowej muzyki. Zabrzmiało to wszystko bardzo Black Sabbath-owo. I bardzo dobrze, że tak zabrzmiało. Klimatycznie, rockowo, z przytupem, ale bez wielkich technicznych rewelacji Bigelf wypadł bardzo przyzwoicie. No i szalone wpadnięcie Portnoya również warto odnotować. Oceniam ich występ na 8/10

    Opeth - jechałem głównie dla tego zespołu, gdyż samodzielny ich występ musiałem niestety opuścić (w Stodole był jeśli się nie mylę, gdzieś w marcu...jak coś to mnie poprawcie :). A teraz już nie mogłem przegapić. No cóż, jak dla mnie mimo braku kontaktu z publicznością Mike i spółka wypadli bardzo dobrze (i pewnie to jest spowodowane brakiem porównania z innymi koncertami - bo to był mój pierwszy raz Opeth'owy). Nie mam zastrzeżeń do nagłośnienia, ponieważ pod konsoletą i gdzieś pomiędzy nią a sceną - nie pchałem się do przodu - dźwięk był bardzo dobry, szczególnie dobrze brzmiała sekcja rytmiczna bas-perkusja no i te pasaże na gitarze. Akerfeldt, który dysponuje wyśmienitym i niepowtarzalnym wokalem, rzeczywiście mógł sprawić wrażenie nieco oddalonego od świata. Repertuar jak dla mnie super: "Windowpane" na początek to bardzo dobre rozwiązanie, "Hex Omega" i "The Lotus Eater" to chyba najlepsze kawałki z "Watershed" jakie mogli zagrać, a i była też milutka niespodzianka (bo nawet ja nie spodziewałem się utworu z "My Arms, Your Hearse") w postaci "April Ethereal". Generalnie bardzo dobrze, daję 9/10

    Dream Theater - no cóż, widziałem ich już w Arenie, widziałem wszystkie DVD, widziałem wiele koncertów nieoficjalnie nagranych, ale nie spodziewałem się w życiu, że panowie zaprezentują tak wiele solowych popisów. Nie ujmując panom Petrucciemu i Rudessowi tego, że potrafią grać i są świetni technicznie, to niestety - co za dużo to niezdrowo. Momentami zdarzało mi się nawet ziewnąć. Owszem, widowisko pierwsza klasa, repertuar wyśmienity, muzycy w bardzo dobrej formie (szczególnie chyba odchudzony LaBrie, który zdaje się przestał z siebie wyciskać i krzyczeć, a zaczął już naprawdę świetnie śpiewać), ale - na Boga - dlaczego tak mało było tych starych "Dreamów". Tak wiem, dla kogoś kto był pierwszy raz to na pewno było ogromne przeżycie, ale zgodziły się ze mną osoby, które jeżdżą za nimi to-tu to-tam i również byli zaskoczeni ilością udziwnień. Kiedyś techniczne granie, kosmiczne solówki i inne takie były upiększeniem świetnych piosenek, w środę odniosłem wrażenie, że to te piosenki są upiększeniem dla solówek. Jak napisałem, co za dużo - to niezdrowo. Ale i tak koncert bardzo fajny, mimo momentów nudy... które, bądź co bądź, u mnie pojawiły się w pewnie najciekawszych momentach dla innych. Całość jednak oceniam i tak dobrze, daję 8.5/10

    Co do całości - organizacja niestety, jak to w Polsce, nie najwyższych lotów. Przybyłem pod Halę Łuczniczki około godziny 17:30, a ledwo zdążyłem na występ Unexpect (wszedłem dokładnie na początek). Dwa niewielkie wejścia na dosyć sporą sale to jednak troszkę mało, a i ochroniarze jacyś lewi - choć dobrze, że nie było tych "żółtków" co to są zawsze w Spodku. Sala bardzo ładna, byłem pierwszy raz, i wrażenia in-plus.

    Jak napisałem na początku: Warto było wydać pieniądze, poświęcić kilka godzin, wymęczyć się i przebyć kilkaset kilometrów. Całości daję w swojej skali 1-10 ocenę 9.25... Bo 9 to za mało, a 9.5 to ciut za dużo ;)
  • Pandino poleca: Comets on Fire "Avatar"

    23 Sep 2009, 11:35

    Psychodeliczny rock ma już swoje najlepsze lata za sobą, bo tryumfy odnosił gdzieś na przestrzeni lat 60-tych i 70-tych, wtedy, kiedy w głowach hipisów królowało LSD i inne tego typu używki. Kompozycje, które opierały się na szybkim transowym rytmie i nierzadko hałaśliwych, chaotycznych solówkach trwać potrafiły w nieskończoność. A i trudno nie wspomnieć o improwizacjach jakie towarzyszyły tej muzyce w czasie grania na żywo, a dodatkowo wydłużały długość utworów. No cóż, niektórzy powiedzą, że tej muzyki tykać się już nie powinno. Na całe szczęście nie pomyśleli tak muzycy Comets On Fire, zespołu powstałego w 1999 roku, a tworzącego muzykę, którą z powodzeniem umieścić by można wiekowo gdzieś na równi z Ten Years After czy Led Zeppelin.

    "Avatar", bo o tej płytce tutaj napiszę, to nie pierwsze wydawnictwo Comets On Fire. Wcześniejsze nagrania jednak nie do końca przypadły mi do gustu, może poza "Blue Cathedral", które jednak z powodu jakości nagrania w porównaniu z "Avatar" sporo traci.

    Płyta zaczyna się bardzo ostro. Muzycy wrzucają nas do psychodelicznego, rockowego miksera i mielą przez przeszło siedem minut. No cóż, pierwszy kawałek "Dogwood Rust" to prawdopodobnie największe osiągnięcie tej dosyć undergroundowej kapeli. Napędzany przez bardzo szybką, jednostajną perkusję wprowadza w hipnotyczny trans. Całość rozpędza dodatkowo szaleńcza praca gitarzysty, który chyba rzucał swoim instrumentem po ścianach w czasie nagrywania. Zresztą, takie wrażenie odnieść można nieraz, bo całość brzmi mniej więcej tak, jakby grając nagle coś muzyką odwalało i zaczynali niszczyć instrumenty, po czym znów na nich grać. I tak w kółko. Ale nie jest to wcale nudne, właśnie wręcz przeciwnie - bardzo intrygujące! Kakofoniczny hałas przeplatający się z melodyjnością i przesterowane dźwięki na przemian z czystymi riffami to znak rozpoznawczy Comets on Fire.

    Po tak szaleńczym początku muzycy wcale nie chcą zwolnić, bo "Jaybird" mimo spokojnego wydźwięku powoli się rozkręca, by znów na koniec zwolnić. W środkowej części mamy świetny fragment instrumentalny, w którym gitara wręcz płonie, a perkusista wypruwa z siebie flaki. Zresztą nie tylko on, bo i wokalista wrzeszczy tak, że czasami aż braknie mu głosu. Po tym wszystkim w końcu uspokojenie akcji, zwolnienie i przejście do bardzo bluesowego "Lucifer's Memory". Teraz możemy spokojnie ochłonąć i odpocząć, zresztą utwór ten wprowadza słuchacza w taki spokój, że może on aż dziwić. Pięknie zagrana rock-bluesowa balladka, czyste dźwięki (strasznie kontrastujące z poprzednimi utworami), spokojna praca perkusji, świetna linia basu no i naprawdę popisowy numer wokalny. Wcześniej wokalista nie pokazał tego wszystkiego co usłyszeć można tutaj, w tym jednym utworze. Jedynie końcówka się troszeczkę rozgrzewa, przypominając nam to co słyszeliśmy na początku. "The Swallow's Eye" znów powoli się rozkręca. I znów na koniec wrzuca nas do tego psychodelicznego miksera, ale zabieg nakręcania tego utworu nie jest raczej przypadkowy. Wg mnie "The Swallow's Eye" to genialny wstęp do krótkiego, bo ledwo 3-minutowego "Holy Teeth". Ale tak krótki utwór nie oznacza tego, że nic się w nim nie dzieje, otóż jest to przełomowy chyba kawałek dla płyty bo wrzuca nas w prawdziwe piekło hałasu!

    I na nim ostre grzanie po instrumentach praktycznie się kończy bo na koniec 'Komety' serwują nam dwa spokojniejsze, rytmiczne utwory. Takie na otrzeźwienie: najpierw instrumentalne "Sour Smoke", które oparte jednolitym rytmie perkusji pozwala innym muzykom się popisać. Solówek na gitarze i plumkających soczyście klawiszy jest tutaj co nie miara. A na zakończenie utwór na dobranoc: "Hatched Upon the Age".

    No cóż, Comets on Fire to nie jest zespół dla każdego. Płyta "Avatar" to psychodeliczne doświadczenie, ale dla odpornego ucha. Bo noise-rocka jest tutaj równie dużo co spokojniejszych utworów. Kto wie czy niektóre fragmenty to nie nagrana na czysto improwizacja muzyków, zresztą podobno na żywo szaleją jak mało kto z wymyślaniem nowych solówek, wplataniem je w utwory itd. Ale przesłuchać naprawdę warto.
  • Pandino poleca: Magellan "Impending Ascension"

    21 Sep 2009, 10:11

    Muzyka progresywna to stosunkowo stara dziedzina, bo sięgająca przełomu lat 60-70-tych, a co za tym idzie ilość zespołów w tej sporej rzece również do niewielkich nie należy. Ostatnimi czasy można zaobserwować prawdziwy wysyp młodych zespołów, które zainspirowane tymi legendarnymi (Yes, King Crimson, Genesis, Jethro Tull, Rush) lub tymi troszkę młodszymi (Marillion, Dream Theater, Porcupine Tree, Riverside, Tool) postanawiają skierować drogi w krainy progresywnych dźwięków. No cóż, zjawisko to z jednej strony bardzo zadowalające (szczególnie dla mnie) z drugiej troszeczkę martwi. Niestety sporo tych młodych formacji kopiuje i powiela dokonania swoich starszych odpowiedników, a co za tym idzie trudno wyszukać naprawdę zaskakujące i ciekawe propozycje. Nie piszę tutaj jednak by rozprawiać nad dziejami muzyki progresywnej. Do rzeczy.

    Magellan to zespół z tej środkowej półki wiekowej - nie najmłodszy, ale i nie taki stary. Początki tej formacji, tworzonej przez dwóch braci Gardnerów, sięgają połowy lat 80-tych. Pierwsze wydawnictwo "Hour of Restoration" ukazało się jednak dopiero w 1991 roku, kolejne, o którym tutaj kilka słów napiszę, w roku 1994.

    "Impending Ascension" - bo o nim tutaj mowa, to prawdziwa muzyczna przygoda. Słychać na niej bardzo dobrze fascynacje zespołu muzyką metalową (od której później Magellan powoli odchodził by prawie całkowicie ten nurt porzucić na koszt prog-rocka). Spotkamy się z ostrzejszymi riffami w "Estadium Nacional", prawdziwymi gitarowymi połamańcami w "Songsmith" czy flirtujące z etnicznymi klimatami "Virtual Reality". Rzeka dźwięków na tym się nie kończy, bo operujący całkiem pokaźnym instrumentarium panowie Trent i Wayne (tak, to wspomniani bracia Gardnerowie) pokazują na co ich stać na każdym kroku. Od instrumentów dętych, przez klawisze aż do gitar, a wszystko to podane w smakowitej oprawie.

    Czy są więc jakieś minusy? Owszem, jeden i to dosyć poważny. Momentami panowie Magellanowie robią troszeczkę zbyt wiele. Są chwile kiedy w głośnikach słychać tyle dźwięków, że jest to aż denerwujące. Nie jest to może celowe przekombinowanie, ale jednak coś jest z tym nie tak. Nie rozumiem na przykład odgłosów strzałów w "Estadium Nacional" około 6 minuty czy jakiś głosów (a ten kaszel?) w "Waterfront Weirdos" gdzieś między 2-3 minutą. Zbędnych ozdobników jest troszkę, ale może okazać się, że podczas gdy mnie to razi - innych zaciekawi. Innym minusem, tutaj chyba już mocno spornym, jest opadające napięcie. No cóż, kilka takich opinii w Internecie znalazłem, ale sam po kilkukrotnym przesłuchaniu nigdy tego nie zauważyłem. Jak dla mnie "Storms and Mutiny" to świetny kawałek na zakończenie albumu, a powtarzający się w nim motyw jest dla mnie jednym z lepszych fragmentów na płycie. Dziwi troszeczkę jednak ostatni, króciutki "Under the Wire", który chyba nie na tym miejscu powinien się znaleźć. Jedyne z czym mogę się w opinii 'opadającego napięcia' zgodzić to to, że najlepsze utwory jednak są na początku, numery 1-3 to faworyci dla całej płyty.

    I jeszcze słów kilka co do brzmienia. Niektórych na pewno zaskoczy z początku dźwięk perkusji. No cóż, panowie Gardnerowie swój romans z automatem perkusyjnym (programowanie rytmów i odtwarzanie) zaczęli już na samym początku kariery i tkwią w nim do dziś, i co zrobić - przecież jest ich dwóch, a gdyby jeden zajął się perkusją to wszystkim innym musiałby zajmować się ten drugi. Jak dla mnie programowalna perkusja w ich wypadku pasuje wyśmienicie do klimatu jaki tworzą. Drugą rzeczą nieczęsto spotykaną jest charakterystyczny wokal Trenta Gardnera, który śpiewa zupełnie jakby tekst dzielił sobie na frazy. Mnie to nie przeszkadza, a barwa głosu owego pana bardzo mi odpowiada, mimo wszystko troszeczkę trzeba się może przyzwyczaić.

    Magellan to uznana już firma w światku prog-maniaków. Ale zasłużył sobie tym w zupełności, bo kompletnych albumów takich jak "Impending Ascension" w swojej dyskografii ma więcej. Choćby świetne "Innocent God" czy wspomniane gdzieś na początku debiutanckie "Hour of Restoration". Magellana polubi chyba każdy kto nie stroni od inteligentnej muzyki, a przy okazji nie czyni ogromnych rozmyślań nad tym co mu pogrywa w głośnikach. Bo muzyka na "Impending Ascension" to muzyka inteligentna, ale stosunkowo przystępna i przyjemna.
  • Krótko o koncercie CLOSTERKELLER

    20 Sep 2009, 9:07

    Sob 19 IX – INTER Festiwal 2009 FINAŁ

    Będzie krótko, zwięźle i mam nadzieję, że na temat.

    No więc: koncert generalnie niezły pomijając to, że sala MOK w Lesznie nie jest dobrą salą koncertową. Organizacyjnie klapa (zacząć wpuszczać ludzi gdy gra już jeden z zespołów?), opóźnienie może nie spowodowane przez organizatora i tak nie powinno mieć miejsca (to akurat minus w stronę Closterkeller, bo podobno to oni się spóźnili).

    Więc co do samych zespołów 'konkursowych'. Przyznam bez bicia, że nie interesowały mnie za bardzo Magnetic Coupling Transmission oraz Rooster i odpuściłem je sobie. Generalnie cały Inter Festiwal nie bardzo mnie interesował (oj, i nie wiem nawet kto wygrał...), ale zdążyłem wejść na końcówkę seta Retrospective i choć widziałem ich już sporą ilość razy to nadal na żywo zaskakują (końcówka, w której miało być "więcej Szatana" - pozdrowienia dla katoliczki - powalająca). I jak wspomniałem potem wyszedłem by wrócić tylko na gwiazdę wieczoru.

    Na temat rzeczonej gwiazdy słów kilka: Closterkeller nie zawiódł ale i nie powalił na kolana. Nagłośnienie na początku fatalne (kto tam się krzątał za tą konsoletą!?), było za głośno - a co za tym idzie było słychać sprzężenia i pojawiały się dosyć często piski. Później troszeczkę to skorygowano i było już w przyzwoicie. Utwory jakie przygotował dla nas zespół bardzo dobrze dobrane, choć w środku koncertu zaczynało być troszeczkę nudnawo. Nie zabrakło starych utworów (genialna "Władza", "Agnieszka"), nie zabrakło najnowszych kawałków (troszeczkę pop-owe "12 Dni") i był też oczekiwany chyba przez wszystkich "Zegarmistrz Światła". Anja mimo tylu lat na scenie głosem nadal zachwyca, a i muzycy również w bardzo dobrej formie. Brakowało troszkę typowych na koncerty (jeśli mogę tak to określić) popisów na instrumentach (mam na myśli jakieś bardziej wymyślne solówki niż te które pokazał np. gitarzysta, a wiem, że potrafi zagrać troszeczkę szybciej). Ale to mały minus.

    Podsumowując: koncert udany, ale nie jakiś super-ekstra. Powyżej przeciętnej - to na pewno, ale na kolana nie powalił. Głównym minusem nagłośnienie i organizacja (o na Boga, ten minus w Polsce pojawia się przy co drugiej imprezie...), a plusy: lista utworów, forma Anji i muzyków, nowe kawałki no i "Zegarmistrz...".

    I tyle, pozdrawiam!