1. Riverside -
Anno Domini High Definition
Riverside swym ADHD zmiażdżyło mnie, zmasakrowało i dało dowód na to, że można jeszcze w muzyce zrobić coś świeżego, nie sięgając po jakieś wielkie eksperymenty. Po zakończeniu trylogii
Reality Dream, pełnej schizofreniczno-sennego klimatu przypominającego czasami Katatonię, Warszawiacy obrócili się ze swoją muzyką o 180 stopni i nagrali album pełen energii i wręcz metalowy. Pierwsze zaskoczenie czeka na nas już w rozpoczynającym album utworze
Hyperactive. Spokojne fortepianowe intro może dosyć mocno zmylić, ponieważ zaraz później chłopaki grają swój najszybszy i najbardziej popieprzony kawałek w historii. W następnych trackach chłopaki nie tracą tempa, utwory zyskują na rozbudowaniu, pojawia się również masa przeróżnych smaczków, takich jak dodająca klimatu funky orkiestra dęta z Lao Che, theremin i orientalne motywy w
Egoist Hedonist, cudowna pozytywka w
Left Out czy pierwsze w historii tego zespołu blasty w
Hybrid Times. Wolniej jest tylko w kawałku
Left Out, kojarzącym się klimatem trochę z Opeth, ale już końcówka jest iście prog-metalowa, z popieprzonymi partiami klawiszy. Właśnie - klawisze. To co Michał Łapaj zrobił tutaj na swoim Hammondzie zakrawa o geniusz. Również Grudzień zagrał znakomite solówki, a bas, jak zwykle, jest fenomenalny. Pokłony należą się chłopakom za rewelacyjne skomponowanie utworów. Piosenki są cholernie rozbudowane, rzadko kiedy pojawia się ten sam motyw dwa razy, nie ma też hiciorów na miarę
Conceiving You oraz
02 Panic Room. Produkcja również stoi na wysokim poziomie, może poza brzmieniem perkusji, ale z tym akurat zawsze był problem w Riverside. Szymonowi Czechowi udało się wydobyć takie brzmienie, jakby zespół nagrywał "na setkę". Wady? Jakie wady może mieć najlepsza płyta, nie tylko tego roku, ale jedna z najlepszych jakie nagrano? No, może właśnie poza tym nieszczęsnym brzmieniem perkusji :) A poza tym klasa - ADHD to album genialny, uciekający od jakichkolwiek klasyfikacji gatunkowych. 5 kawałków, 44 minuty i 44 sekundy (w końcu czwarta płyta) muzyki dają takiego energetycznego kopa, jak mało co. I szkoda tylko, że nie udało mi się ich zobaczyć w tym roku w Opolu.
Trzy najlepsze piosenki: Egoist Hedonist, Hybrid Times, Left Out
2. Mastodon -
Crack The Skye
Mastodon powrócił dojrzalszy, bardziej progresywny i lepszy. Na
Crack the Skye chłopaki z Atlanty pokazują pełnię swoich możliwości, udowadniając, że sukces jaki udało im się osiągnąć (nowy album zdobył 11-ste miejsce na Billboardzie!) nie był przypadkiem. W porównaniu do poprzedniej płyty,
Blood Mountain, może i Mastodon stracił na przebojowości, ale udało im się nagrać album bardziej rozbudowany i, moim zdaniem, głębszy. Znajdziemy tutaj dwa epickie kilkunastominutowe kawałki, banjo (mój faworyt na płycie -
Divinations), schowany z tyłu mellotron (
The Czar), vocoder (kawałek tytułowy) czy elementy orientalne (
Ghost of Karelia). Na japońskiej edycji znalazł się również całkiem udany cover
Just Got Paid ZZ Top. Instrumentalnie oczywiście zespół jest na najwyższej formie, solówki są znakomite, szczególnie uwielbiam pokręcone gitary w jednym z fragmentów
The Last Baron (kojarzą się dosyć z
Capillarian Crest). Owacje na stojąco należą się perkusiście, Brannowi Dailorowi, który jak zwykle stworzył rewelacyjne partie. Bardzo podoba mi się również produkcja, sucha, ale nadająca takiego trochę pustynnego klimatu. Co tu więcej mówić - Mastodon udowadnia, że tytuł "objawienia muzycznego XXI wieku" nie został im nadany przez przypadek. Teraz tylko zostaje czekać na to co stworzą na soundtracku do
Jonah Hex ;)
Trzy najlepsze piosenki: The Czar, Divinations, Ghost of Karelia
3. Porcupine Tree -
The Incident
Brytyjczycy powracają ze swym dziesiątym już albumem w wyjątkowo dobrej formie. Nowe dzieło wydaje się być jeszcze lepsze, cięższe i różnorodniejsze od, rewelacyjnej przecież, poprzedniczki. Płyta składa się z dwóch krążków. Na pierwszym znajduje się 55-minutowa suita, podzielona na 14 części. Steven Wilson po raz kolejny pokazuje swój geniusz, przez całe 55 minut nie ma ani chwili monotonii. Zaczyna się bardzo metalowo, od intra
Occam's Razor oraz następującego zaraz po tym, rozpędzonego
The Blind House, ze świetną elektroniką w środku. Później robi się spokojniej, ale nigdy nie nudniej.
Drawing the Line zaczyna się od cudownej pozytywki, aby w hiciarskim refrenie zabrzmieć niczym Placebo. W część tytułowa Jeżozwierze potrafią zachwycić industrialnym klimatem, aby w mym ulubionym
Octane Twisted znów nabrać ciężkości i epickości, i w wieńczącym płytę
Drive the Hearse pozwolić słuchaczowi popaść w zadumę. Na drugim krążku, zatytułowanym
Remember Me Lover, znajdują się cztery kawałki, powstałe w wyniku przerw w pracy nad tytułowym utworem, które również trzymają wysoki poziom.
The Incident to album pozbawiony jakichkolwiek wad, zachwycający już od pierwszego przesłuchania, z rewelacyjną, niezwykle przestrzenną produkcją Wilsona.
Trzy najlepsze piosenki: Octane Twisted, Drawing the Line, Remember Me Lover
4. Katatonia -
Night Is The New Day
Jedna z najbardziej oczekiwanych przeze mnie płyt absolutnie nie zawiodła.
Night is the New Day to krążek absolutnie przejmujący, z jesienną atmosferą, która urzeka od pierwszego przesłuchania. Mimo, że można uznać, że jest to logiczna kontynuacja
The Great Cold Distance, to jednak daleko Szwedom do kopiowania tej, swoją drogą genialnej, płyty. W przeciwieństwie do THCD, które jest najbardziej gitarowym albumem Katatonii od ich doomowych początków, nowy album jest chyba najlżejszym w ich karierze. Mniej tu gitarowych riffów (choć trafiają się znakomite jak ten orientalny z
Liberation, przypominający nieco Amorphis, czy "tarantinowski" motyw w
Onward into Battle), więcej klawiszy i elektroniki, które praktycznie zdominowały nowe dzieło Szwedów oraz, jak zwykle, prześlicznych wokali Jonasa Renkse. Warto wspomnieć, że nowe piosenki zyskały na różnorodności, obok mocniejszego
Forsaker oraz
Liberation, znajduje się akustyczne
Idle Blood, które może mocno się kojarzyć z
Burden Opeth, trochę industrialne
The Promise of Deceit, doomowe oraz wręcz grobowe
Nephilim (szczególnie uwelbiam te halloweenowe klawisze w końcówce), a także wieńczące album
Departer, zagrane całkowicie na klawiszach, z użyciem elektroniki oraz gościnnym udziałem Tomasa Lindera. Można narzekać, że brakuje czasem jakiegoś mocniejszego uderzenia, że poprzedni album był lepszy, ale jednak mało kto potrafi zbliżyć się do poziomu tego albumu.
Night is the New Day to zdecydowanie płyta magiczna i kopa temu, kto sądzi inaczej :P
Trzy najlepsze piosenki: Idle Blood, Liberation, Departer
5. Rootwater -
Visionism
I jak tu można mówić, że polska scena metalowa ssie, skoro mamy tak świetne zespoły jak Behemoth, Riverside (choć to bardziej prog rock), Black River czy właśnie Rootwater. Warszawiacy na
Visionism po raz trzeci oferują egzotyczny mariaż heavy metalu z punkiem, hardcorem, thrashem, nu-metalem i folkiem. Mimo, że słychać tu inspirację Sepulturą, Soulfly czy czasami nawet KoRnem bądź Faith No More, to nie ma mowy o żadnej kopii, Rootwater brzmi oryginalnie i tak jak nikt inny w tym kraju. Rewelacyjne refreny, mięsiste brzmienie, bardzo dobra perkusja (brawa dla Pawła Jaruszewicza, który zaraz po nagraniu płyty odszedł do Vader). I wokal - wizytówka tego zespołu. Macieja Taffa chyba nikomu nie trzeba przedstawiać, urósł on już do rangi postaci kultowej na polskiej scenie metalowej i jak najbardziej zasłużenie. Jest on na
Visionism, jak zwykle zresztą, niesamowity, mało kto potrafi nadać piosenkom tak ogromnego groove'u, jak on. Jego głos jest niezwykle wielobarwny, potrafi wydobyć z siebie bełkot a'la Jonathan Davis (
Timeless) czy podrobić manierę wokalną Maxa Cavalery (
Steiner). Warto wspomnieć o bonusowym kawałku, niejakiej
Haydamace. Jest to folkowo-metalowa piosenka, przypominająca trochę dokonania Gorana Bregovicia, nagrana wspólnie z ukraińskim zespołem folk-rockowym Haydamaky i można powiedzieć tylko jedno słowo - MOC! Jeśli chcecie sobie poprawić humor to ta piosenka o nieszczęśliwie zakochanym Kozaku potrafi to uczynić jak mało co Wink Wady - płyta odrobinę jest zbyt długa, osobiście bym wyrzucił trochę gorsze
Alive i
Under the Mask, i myślę, że album by na tym tylko zyskał. A poza tym nic więcej - MARSZ DO SKLEPÓW!
Trzy najlepsze piosenki: Haydamaka, Freedom, Frozenthal
6. Steven Wilson -
Insurgentes
Pierwsza solowa płyta lidera Porcupine Tree, Blackfield, Bass Communion i miliona innych projektów udowadnia, po raz wtóry zresztą, że czego ten człowiek nie dotknie, zamienia się w złoto. Wilson, wraz z
Insurgentes, zabiera słuchacza w podróż po wszystkich swoich muzycznych fascynacjach. Można tu usłyszeć typowo prog-rockowe piosenki w stylu Porcupine Tree (
Harmony Korine,
Significant Other), elementy trip-hopu (
Abandoner), grunge'u (
Only Child), orkiestrę (
Salvaging) czy jazz'ową sesję jammingową (
No Twilight Within the Courts of the Sun - uwielbiam partię fortepianu w tej piosence!). I mimo tego, że
Insurgentes to bardzo zróżnicowana płyta, to jednak utwory bardzo płynnie się ze sobą łączą, nie czuć, że słuchamy jakiejś składanki. Na płycie pojawia się również sporo gości, chociażby Michiyo Tagi, grająca na 21-strunowym basie o nazwie koto :P Produkcja jest oczywiście rewelacyjna. Mimo to nie jest to muzyka dla wszystkich, nie ma tutaj przebojowości Porcupine Tree, wokale są zdecydowanie mniej melodyjne, a sama struktura utworów mało "piosenkowa". Aczkolwiek warto się wsłuchać w tę muzykę, gwarantuję, że odkrywanie tej płyty sprawia naprawdę wiele przyjemności i udowadnia, że Wilson jest muzycznym (i produkcyjnym zresztą) geniuszem.
Trzy najlepsze piosenki: Significant Other, Abandoner, No Twilight Within the Courts of the Sun
7. Behemoth -
Evangelion
Adam Darski i spółka po raz kolejny pokazują, że mimo ogromnego sukcesu, byciu na ustach wszystkich i romansie z Dodą nie mają zamiaru grać prosto i przyjemnie.
Evangelion to płyta ciężka jak skurwysyn, mocniejsza od poprzedniczki, a zarazem bardziej organiczna. Nie ma tu aż takiej epickości i orientalnych smaczków tak jak na
The Apostasy (choć mimo to w paru momentach usłyszymy jednak orkiestrę dętą, sitara oraz chóry),
Evangelion też jest chyba trochę trudniejszy w odbiorze. Aczkolwiek jednak po kilkunastu przesłuchaniach nie sposób nie docenić rewelacyjnego openera w postaci
Daimonos, bombardującego niczym blitzkrieg
Shemhamforash, niemalże rock'n'rollowej solówki w
The Seed Ov I oraz monumentalnego, klimatem przypominającego trochę prymitywny black metal,
Lucifera, z świetną narracją Macieja Maleńczuka. Produkcja kładzie na łopatki (combo bracia Hertz-Daniel Bergstrand-Colin Richardson zdecydowanie robi swoje), brzmienie jest potężne. I mimo tego, że
Evangelion to jak najbardziej świetny album, to chyba jednak wolę
The Apostasy, dzięki swojej epickości i rewelacyjnym solówkom.
Trzy najlepsze piosenki: Daimonos, Lucifer, The Seed Ov I
8. Hunter -
HellWood
Ja wiem, że to nic oryginalnego, że same oklepane riffy, że dla kindermetali, że to i siamto... Ale nic nie poradzę na to, że
Hellwood jest jak miód na moje serce. Po prostu tej płyty słucha mi się tak niesamowicie dobrze, że byłbym niesamowitym hipokrytą, gdybym nie umieścił jej w tym zestawieniu. Kapitalne refreny, dodające klimatu teksty (choć zdecydowanie lepiej się je słucha niż czyta ;) ), nawiązania do przeróżnych filmów (
Lot nad kukułczym gniazdem, Labirynt fauna, Armia Boga, Harry Angel, trzy piosenki poświęcone
Draculi...), fajne partie skrzypiec, do tego dobry klimat. Mi do szczęścia niczego więcej nie potrzeba. Chłopaki na dodatek mają dystans do swej własnej twórczości, słychać lekką autoironię, również w wokalach Draka, który celowo próbuje udawać wirtuozera. Dobrze na bębnach poradził sobie Daray. Mankamenty - "polska" produkcja i zdecydowanie zbyt długie i zbyt nudne solo w
Armii Boga. Poza tym nie mogę na nic więcej narzekać.
Trzy najlepsze piosenki: $mierci$miech, Labirynt fauna, Cztery wieki później...
9. Swallow the Sun -
New Moon
Zespół ten co prawda znam dopiero niecały miesiąc, także trudno mi ocenić
Księżyc w nowiu (nie, concept nie jest oparty o drugą część
Zmierzchu :P ) porównując do poprzednich płyt, ale nie zmienia to faktu, że
New Moon to bardzo dobry materiał. Oryginalności nie ma tu za grosz, ale mimo to Finowie mają swój własny styl, oparty o mieszankę melodyjnego doomu z gotykiem, którego nie muszą się wstydzić. Dobra produkcja, świetne wokale, różnorodne i przebojowe kawałki, wszystko czego mi potrzeba :) Album na piątkę!
Trzy najlepsze piosenki: These Woods Breathe Evil, New Moon, Lights on the Lake (Horror pt. III)
10. My Dying Bride -
For Lies I Sire
Mimo, że poprzednia płyta legendy doom metalu,
A Line of Deathless Kings, była krążkiem udanym, to jednak czuć było, że Anglików stać na więcej. Na najnowszym albumie udało im się odrobinę podnieść poprzeczkę, jednak mimo to nie jest to jeszcze dzieło na miarę
Turn Loose the Swans,
The Dreadful Hours czy
Songs of Darkness, Words of Light. Jednakże nie można ukryć, że
For Lies I Sire słucha się z najwyższą przyjemnością. Jest to chyba ich najprostszy w odbiorze album, zaraz obok
Like Gods of the Sun. Nowe piosenki są chwytliwe, rozbudowane, ale brak im trochę epickości znanej z poprzednich płyt. Zdecydowanie wyróżnia się kawałek otwierający płytę,
My Body, a Funeral. Cudowne melodie i zaskakująca zmiana tempa w środku utworu uczyniły tę piosenkę jednym z najlepszych kawałków w historii zespołu. Warto również wspomnieć o dosyć odmiennym, jak na ten band, utworze,
Bring Me Victory, który ma wręcz rockowy potencjał. Rewelacyjne jest również
A Chapter in Loathing, pierwszy od dawna w całości growlowany utwór MDB. Bardzo podobają mi się partie wokalne Aarona, w końcu postanowi wnieść trochę więcej melodii. Miło usłyszeć również trzech nowych członków. Perkusista Dan Mullins poradził sobie znakomicie i mam nadzieję, że pozostanie w zespole na trochę dłużej niż jego poprzednicy. Dobrze jest usłyszeć również powrót skrzypiec (mimo, że odgrywająca te partie Katie Stone już nie jest w zespole), dodały płycie sporo klimatu, mimo, że nie są wysunięte na pierwszy plan tak mocno jak niegdyś partie Martina Powella. Zawodzi trochę nowa basistka, bas zawsze odgrywał bardzo dużą rolę w My Dying Bride, a tutaj tak jakby go trochę brakuje. Brzmienie bez zarzutu. Może
For Lies I Sire nie dorównuje najlepszym płytom tego zespołu, ale wstydu zdecydowanie im nie przynosi i udowadnia, że dalej nie ma mocnych na Brytyjczyków.
Trzy najlepsze piosenki: My Body, a Funeral, A Chapter in Loathing, Fall With Me
11. Paradise Lost -
Faith Divides Us - Death Unites Us
Wyspiarze już na poprzednim
In Requiem udowodnili, że potrafią grać dalej ciężko i metalowo, ale dopiero na nowej płycie pokazali, że nie mają zamiaru powracać do brzmień znanych z
One Second i chcą grać najciężej jak potrafią. Mimo, że brakuje tutaj trochę różnorodności znanej z poprzedniczki, to jednak najnowszy album paradajsów nie nudzi, brnie do przodu, po drodze atakując paroma znakomitymi piosenkami, jak zwykle świetnymi wokalami Nicka Holmesa, który w końcu przestał brzmieć jak James Hetfield, mnóstwem solówek oraz światową produkcją (w końcu producentem jest Jens Bogren, koleś odpowiedzialny za brzmienie ostatnich dokonań Katatonii, Opeth oraz Swallow the Sun). Podobać się może zdecydowanie opener
As Horizons End ze znakomitą solówką Mackintosha,
First Light z jednym leadem brzmiącym niczym Amorphis,
Frailty z tremolo riffami, monumentalny kawałek tytułowy oraz zaczynające się niczym SlipKnot (!)
Living with a Scars. Mimo wszystko płyta nie jest jakimś arcydziełem, dwa kawałki są trochę gorsze (
Last Regret oraz
In Truth), ale zdecydowanie trzyma ona wysoki poziom. Oby tak dalej!
Trzy najlepsze piosenki: Faith Divides Us - Death Unites Us, As Horizons End, The Rise of Denial
12. Alice in Chains -
Black Gives Way To Blue
Pierwszy od czternastu lat longplay legendy grunge'u i trzeba przyznać, że chłopaki dalej trzymają wysoki poziom. Trudno mi porównywać z ich poprzednimi dziełami, bo ich nie słyszałem, ale
Black Gives Way to Blue jako samodzielny album broni się bez problemu chwytliwymi refrenami, rozbudowanymi kawałkami i świetnym wokalem nowego gardłowego, Williama DuValla. Znakomicie zastąpił Staleya, wokale to na tej płycie istny majstersztyk. Album otwiera utrzymany w średnim tempie
All Secrets Known, aby zaraz potem przejść w niezwykle wchodzące w głowę
Check My Brain, zdominowane przez motoryczny riff. Zaraz później mamy do czynienia z dwoma najlepszymi kawałkami na płycie -
Last of My Kind, ze znakomitym refrenem oraz spokojniejsze
Your Decision. Dalej nie jest gorzej, choć trzeba przyznać, że w drugiej połowie album trochę przynudza, a nie ma też hiciorów na miarę
Would? czy
Them Bones. Warto zwrócić uwagę na zamykający płytę utwór tytułowy, gdzie gościnnie zagrał na fortepianie sam Elton John (choć bez jego udziału piosenka wiele by nie straciła). Produkcja zdecydowanie daję radę, przypomina mi trochę
Crack the Skye Mastodon. Z pewnością zapoznam się z ich całą dyskografią.
Trzy najlepsze piosenki: Last of My Kind, Your Decision, A Looking in View
13. Black River -
Black'N'Roll
Black River na swym drugim albumie absolutnie nie próbują pokazać czegoś czego nie pokazali na debiucie, ale czy tego oczekiwaliśmy? Dobrze wiecie, że nie,
Black'n'Roll to kawał dającego kopa zmetalizowanego rock'n'rolla, z jak zwykle świetnymi wokalami Macieja Taffa. Udany opener w postaci
Barf Bag (cóż za malowniczy tytuł :P ), chwytliwe
Isabel, nawiązujące nazwą chyba do obecnej narzeczonej pana Marcinkiewicza, title track brzmiący niczym metalowa wersja Farben Lehre, przypominające Rootwater
Loaded Weapon oraz dwie nastrojowe balladki (
Morphine i
Young'n'Drunk). Płyta byłaby tak samo dobra jak poprzednia, gdyby nie dwa troszkę nudniejsze utwory -
Lucky in Hell i
Like a Bitch. Ale nie ma nad czym narzekać, nowe Black River to masa energii i słyszalnej radochy z grania, a to jest w końcu najważniejsze.
Trzy najlepsze piosenki: Black'n'Roll, Morphine, Loaded Weapon
14. Indukti -
Idmen
Odkrycie roku. Pięć lat po nagraniu swego debiutanckiego albumu
S.U.S.A.R., Indukti powraca w końcu ze swoją drugą płytą zatytułowaną
Idmen. Debiutu nigdy nie słyszałem, więc trudno mi porównywać, ale
Idmen to oryginalna mieszanka progresywnego metalu, awangardy, motywów orientalnych, a czasami nawet brzmień a'la Sepultura. Większość kawałków jest instrumentalna, co właśnie jest dla mnie największą wadą, tym bardziej, że piosenki z wokalami są naprawdę znakomite. Występuje w nich trzech gości - jeden z moich ulubionych wokalistów, wszechobecny ostatnio Maciej Taff oraz dwóch nieznanych mi jegomościów. Produkcja jest niezła, ale mogło być jednak lepiej. Rewelacyjnie poradził sobie perkusista, Wawrzyniec Dramowicz, którego partie mogą czasami przyprawić o zawrót głowy. Czasami trochę brakuje tutaj melodyjności, czasami można poczuć nudę, ale mimo to jest to płyta oryginalna, pokazująca, że Indukti to obecnie jeden z najciekawszych polskich zespołów.
Trzy najlepsze piosenki: Tusan Homichi Tuvota, ...And Who's the God Now?!!?, Nemesis Voices
15. Rammstein -
Liebe ist fur alle da
Niemcy na swym nowym albumie ani nie przynoszą zawodu, ani nie przyprawią nas o szybsze bicie serca. To po prostu Rammstein, który wszyscy znamy i kochamy (bądź nienawidzimy), bez żadnych niespodzianek czy elementów nieużywanych przez nich wcześniej. Mamy tu chwytliwe refreny, krystalicznie czystą produkcję (trochę aż za czystą), genialny wokal Lindemanna, elektroniczne duperele oraz orkiestrę. To czego mi brakuje na tej płycie to tzw. "momenty". Jedyną piosenką, gdzie można sobie pomyśleć "o jezuuu, ale zajebiste!" jest śliczne
Fruhling in Paris (i ewentualnie
Wiener Blut, opowiadające o Fritzlu). Warto wspomnieć o wieśniackim
Pussy, ale w sumie
Amerika była bardziej przejebana :D Nie mogę narzekać na nową płytę, ale stanów erekcjogennych raczej nikt nie będzie po niej mieć.
Trzy najlepsze piosenki: Fruhling in Paris, Wiener Blut, Waidmanns Heil
16. Marylin Manson -
The High End of Low
Można Briana Warnera nie lubić, ale nie można mu zarzucić wtórności. Nigdy nie nagrał dwóch identycznych płyt i podobnie sprawa prezentuje się z
The High End of Low. Płyta ta prezentuje chyba najlżejsze, a także najróżnorodniejsze oblicze Mansona, jakie dotąd poznaliśmy. Album aż roi się od lżejszych, zagranych głównie na akustykach utworów, takich jak rozpoczynające album kapitalne
Devour, niezwykle "luzackie"
Leave a Scar, wręcz bluesowe
Four Rusted Horses, nastrojowe
Running to the Edge of the World czy brzmiące trochę jak Myslovitz
Unkillable Monster. Mocniejsze akcenty pojawiają się tylko w zaczynającym się niczym Placebo
Pretty as a Swastika, glamowym
Arma-goddamn-motherfucking-geddon i dosyć psychodelicznym
I Want to Kill You Like They Do in the Movies. Nie brak też tutaj pokręconych industrialowych dźwięków, rodem z Nine Inch Nails, tak jak w przedziwacznym
WOW. I mimo, że
The High End of Low jest płytą wielobarwną, do zespołu powrócił Twiggy Ramirez, a całość brzmi jak soundtrack do nieistniejącego filmu drogi, to jednak jest to album trochę zbyt długi i czasami nierówny. Co robi obok świetnego
Blank and White, tak przeciętny utwór, jak
We're from America, do tego posiadający beznadziejny tekst (truizmy w stylu
we believe in everything we say, we say it because we believe it)? Moim zdaniem można by wywalić parę gorszych utworów, takich jak
Wight Spider i
15, co z pewnością zwiększyłoby jakość płyty. Ale mimo wszystko jest dobrze, Marylin Manson udowadnia, że ma jeszcze pomysły na swoją muzykę, mimo, że do poziomu trylogii i
The Golden Age of Grotesque jeszcze trochę brakuje.
Trzy najlepsze piosenki: Devour, Blank & White, Running to the Edge of the World
17. Gaba Kulka -
Hat, rabbit
Chyba najczęściej "odkrywana" polska wokalistka. Tym razem jednak Polska ma szansę na dłużej zapamiętać Gabę Kulkę, nie tylko za sprawą znakomitej promocji ze strony Mystica oraz świetnej sprzedaży jej nowego krążka, ale również dlatego, że
Hat, Rabbit prezentuje naprawdę wysoki poziom. Wokalistka ujawnia tutaj różne swoje oblicza. Raz jej piosenki aż kipią od jazzowej energii i przebojowości (
Hat, Meet Rabbit,
Propaganda,
Over), a kiedy indziej pozwalają popaść słuchaczowi w zadumę (
Aaa, Słuchaj) czy uwieść wręcz filmowym klimatem (
Love Me). Trudno sklasyfikować gatunek, jaki wykonuje Gabriella. Ni to pop, ni to jazz. Sama artystka nazywa swoją twórczość "progresywnym popem", co chyba najlepiej oddaje charakter jej muzyki. Wszystkie piosenki (poza
Lady Celeste, opartej głównie na partii skrzypiec) są oparte głównie na partiach fortepianu, choć często "wtrącają się" inne instrumenty, takie jak gitary elektryczne czy orkiestra dęta. Oczywiście, do tego trzeba również dodać znakomity wokal Kulki, wielobarwny i robiący naprawdę spore wrażenie. Jednak mimo wszystko całość psują dwa kawałki - zbyt "hiciarskie"
Niejasności (zaczynające się trochę niczym
I Need a Hero Bonnie Tyler) i irytujące
Bosso. Poza tym nie mogę się do niczego przyczepić. Bardzo się cieszę, że w końcu Gabę dostrzeżono i doceniono, i życzę jej dalszych sukcesów.
Trzy najlepsze piosenki: Hat, Meet Rabbit, Over, Kara Niny
18. Depeche Mode -
Sounds of the Universe
Mimo, że "depeszy" znam już sporo lat, to zawsze to były tylko ich pojedyncze utwory, a'la
Enjoy the Silence, Precious czy
Personal Jesus, a nie pełne albumy. Dopiero ich ostatnie wydawnictwo to zmieniło i przyznam, że jestem całkiem zadowolony, chociaż do tzw. "eargasmu" jednak mi daleko. Dla mnie zabrakło tutaj trochę większej ilości emocji, z hiciorów znajdziemy tylko
Wrong, na romantyczne wieczory nadaje się tylko otwierające płytę
In Chains i
Jezebel. Jeśli chodzi o plusy to płyta jest z pewnością przyjemna, piosenki łatwo wpadają w ucho (chociaż nie zostają tam też na zbyt długo), są różnorodne i i na równym poziomie. Bardzo podoba mi się, gdy chłopaki wchodzą w mroczniejsze i bardziej klimatyczne rejony w kawałkach
Little Soul i
Jezebel, skądinąd moich ulubionych. Dobry album, ale nic więcej. Mimo to z chęcią posłucham starszych płyt, tym bardziej, że mój wychowawca, wielki fan Depeche Mode, nazywa
Sounds of the Universe, w stosunku do poprzednich dzieł, "ledwo ciepłą płytą".
Trzy najlepsze piosenki: Little Soul, Jezebel, Wrong
19. Imperial Vengeance -
At The Going Down Of The Sun
Pewnie gdyby nie fakt, że liderem zespołu jest niejaki Charles Hedger, gitarzysta mojego ulubionego zespołu - Cradle of Filth, to prawdopodobnie bym nigdy po tę płytę nie sięgnął. Aczkolwiek nie żałuję, że zapoznałem się z debiutanckim albumem Anglików, ponieważ jest to kawał dobrej muzyki. Może co prawda niezbyt oryginalnej, ale jak na symfoniczny black metal trzymają poziom. Słychać na albumie sporą inspirację Dimmu Borgir oraz Emperorem, jednakże nie można zarzucić im wtórności. Imperial Vengeance udało się wypracować swój styl, melodyjny, pełen "kosmicznych" (trochę kojarzących się z The Kovenant czy późniejszym Arcturus) klawiszy oraz symfonicznych wstawek. Kawałki są rozbudowane, w każdym można znaleźć ciekawe motywy, jak chociażby coś rodzaju hejnału w outrze do
6th Airborne Division czy gościnny udział jedynego żyjącego żołnierza uczestniczącego w I wojnie światowej w utworze tytułowym. Mimo to czasami wtrąca się nuda, co nie obniża znacząco wartości krążka, ale też właśnie przez to nieczęsto wraca się do albumu. Warto jednak zapoznać się z Imperial Vengeance, gdyż mogą jeszcze kiedyś namieszać.
Trzy najlepsze piosenki: Jus Ad Bellum, Cnw Anwwm, 6th Airborne Division
20. Novembers Doom -
Into Night's Requiem Infernal
Trudno mi oceniać najnowszą płytę Amerykanów przez pryzmat poprzednich albumów, bo ich nie znam, ale mimo to
Into Night's Requeim Infernal jest całkiem przyzwoite. Może nazywanie ich zespołem doom metalowym jest trochę na wyrost, oryginalności w nich za wiele nie ma, a też piosenki nie są jakieś wybitne, ale mimo to Novembers Doom słucha się całkiem przyjemnie. Niezłe riffy, produkcja również na wysokim poziomie (za miksy odpowiedzialny jest Dan Swano), szczególnie dobrze brzmi bas, wokal również w porządku, w szczególności czysty, brzmiący jak krzyżówka Aarona Stainthorpe'a z Nickiem Holmesem. Ponadprzeciętna płyta, ale jednak do "bardzo dobrego" poziomu chłopakom jeszcze trochę brakuje.
Trzy najlepsze piosenki: Empathy's Greed, I Hurt Those I Adore, An Eulogy for the Living Lost
21. Amorphis -
Skyforger
Rzutem na taśmę. Niestety trudno ukryć, że po odejściu Pasiego Koskinena, Amorphis zjada powoli swój własny ogon.
Skyforger można by nazwać bez problemu
Eclipse pt. III i nikt by nie zauważył różnicy. Mimo to nie jest jednak tak źle. Album zaczyna się bardzo obiecująco, od świetnego epickiego
Sampo i chwytliwej
Silver Bride. Potem już nie jest tak różowo, a płyta staje się bardzo nierówna. Z jednej strony mamy jeden z mocniejszych kawałków Amorphis w historii,
Majestic Beast, rozpoczynający się od świetnej folkowej wstawki utwór tytułowy i dwa bardzo udane bonusy (tradycyjnie już chłopaki na "odrzuty" dają najlepsze kawałki), a z drugiej smętne
From the Heaven of My Heart (okropny tytuł), nudnawe
From Earth I Rose czy przeciętne, nie wywołujące żadnych emocji
Highest Star i
Course of Fate. Plusy - bardzo dobra produkcja, spora ilość dobrych solówek (najwięcej w historii zespołu) oraz świetny wokal Joutsena.
Skyforger to udana produkcja, ale nie da się zaprzeczyć, że prawdopodobnie najgorsza w całej karierze Finów. Płyty na poziomie
Am Universum i
Far from the Sun już pewnie nie nagrają, ale niech przynajmniej skłonią mnie do tego, abym przestał odczuwać wrażenie "nihil novi" po obcowaniu z ich kolejnymi krążkami.
Trzy najlepsze piosenki: Sampo, Separated, Skyforger