W Polsce, jak chyba nigdy dotąd, nastąpiła gwałtowna i wielce przyjemna kumulacja wykonawców, których słucham i podziwiam.
Zaczęło się od koncertu Dilinja w Centralnym Domu Qultury w Warszawie.
Muzycznie nieskomplikowanie, subtelnie również, ale przyznam, że wyskakałam się przednio.
Bonobo w Fabryce Trzciny był bardzo przyjemny, chociaż...chyba czegoś zabrakło. Mimo to - występ uważam za udany.
Następnie Jan Garbarek & The Hilliard Ensemble w Archikatedrze (nadal pozostajemy w Warszawie). Osobiście uważam płytę "Officium" za jedną z piękniejszych, jaką kiedykolwiek słyszałam, więc czułam się wzruszona "doświadczając" jej na żywo.
Orbital & Röyksopp i inni na Selector Festival - Kraków.
Miażdżący występ braci Hartnoll. "Satana" nie zapomnę do końca życia. Nic tylko czekam na powtórkę.
Super-okropny pomysł z dwiema scenami. Czasami człowiek zbyt intensywnie myślał o natychmiastowym sklonowaniu.
Nine Inch Nails oraz Alec Empire na supporcie podczas Festiwalu Malta w Poznaniu.
Uff, no cóż, koncert cudowny - okoliczności przyrody (czyli podchodzące do lądowania samoloty, przelatujące ponad sceną) fantastyczne. Cała reszta trochę rozczarowała. I pomyśleć, że był to występ z trasy p.t. "Wave goodbye". Mam na dzieję, że to nie oznacza kolejnych 20 lat oczekiwania na następny koncert *zamyśla się*.
DJ Cam w Hydrozagadce, Warszawa.
Także teeeegoooo. Piwo było całkiem smaczne.
Radiohead - Poznań dla Ziemi.
Pierwsze oznaki kryzysu. Dłuugo się wahałam czy pojechać, ale widocznie było warto - nie mieszkam pod mostem a wspomnienia zostaną do końca życia.
Było genialnie i tym razem - miejscówka pierwsza klasa.
Pominę Orange Warsaw Festival.
Aphex Twin - Sacrum Profanum, Kraków.
Jak dla mnie - koncert roku. A właściwie to dwa koncerty *zadziera nosa*.
Wcześniej wspomniałam o spaniu pod mostem...przez te dwa dni praktycznie spałam na dworcu centralnym w oczekiwaniu na pierwszy autobus do domu. I nie mówię tu o zaśmierdziałej, ale chociaż w miarę ciepłej poczekalni, o nie, ja postanowiłam czekać pod gołym niebem, w paskudnym chłodzie i wśród mocno podejrzanego towarzystwa.
Rych mnie po prostu zmiażdżył. Może i wyglądał na takiego co po prostu odwala swoje, przyszedł - zagrał - wyszedł, ale mam to gdzieś. Zażył mnie. W całości.
Wayne Shorter, Marcus Miller i Jimmy Cobb w Tribute 2 Miles Davis, Torwar Warszawa.
Dłuuugi koncert, którego nie mogłam wysłuchać w całości. Dosyć specyficzny, ułożony chyba pod kątem "dla każdego coś miłego".
Zdecydowanie występ Marcusa Millera będę jeszcze długo wspominać.
A teraz słów parę o pominiętych:
Venetian Snares we Wrocławiu - odmówienie sobie pojechania na ten koncert, pozostawiło gorzki ślad na mym sercu.
Luke Vibert w Poznaniu - akurat teraz, gdy nagrał tak świetny album jakim jest We Hear You ma czelność przyjechać tylko do Poznania, pfff.
Air w Warszawie - kwestia finansowa wpłynęła na mą decyzję co do odpuszczenia sobie tego występu. Ale nie ona jedna. Druga nazywała się Love 2. Co to jest to nie wiem. Wiem, że chcę "starego" Air, specyficznego klimatu z poprzednich płyt. Nowy Air mnie rozczarował, nawet wyłączyłam skroblowanie, co praktycznie mi się nie zdarza... Nie mogłam więc ryzykować i być zmuszoną wysłuchać 1 starej piosenki na 10 nowych.
Pozostałych wykonawców nie będę już wymieniać. Nie widzę sensu się zadręczać ;).
Mam nadzieję, że rok 2010 okaże się koncertowo równie udany, czego Wam i sobie życzę :)



























































